Company Logo

Licznik odwiedzin

Odwiedzinło nas122110

Gościmy

Odwiedza nas 2 gości oraz 0 użytkowników.

Relacja zpielgrzymki do Wilna 2015

 Tekst: br. Wojciech „Jan Paweł”

XI Ogólnopolska pielgrzymka rowerowa Rzeszów – Wilno -– 4-15 lipca 2015 r. „Ojcze, uczyń nas jednością”

 

Jest piątek, 3 lipca, godz. 10.56. Powinienem się pakować i wyjeżdżać do Rzeszowa, ponieważ od mojego miejsca zamieszkania to 270 km.  A tymczasem leżę na wersalce
i czytam reportaż w Dużym Formacie.  Nie udało mi się ułożyć tak swoich osobistych spraw, abym mógł być teraz zajęty przygotowaniem do pielgrzymki. Brat Jan – organizator pielgrzymki - jeszcze nie wie, że się jutro nie pojawię w Rzeszowie. W uszach dzwonią mi słowa jednej z moich sióstr pielgrzymkowych, która w rozmowie telefonicznej powiedziała mi, że muszę czekać na cud.

 

Ceniony polski reporter Wojciech Jagielski powiedział kiedyś dla magazynu National Geographic, że najczęstszym błędem osób przygotowujących reportaże ze swoich wypraw jest to, że zaczynają się od samego początku podróży. Jak widać popełniam ten sam błąd. No, ale jak się czeka na cud to można taki literacki błąd popełnić, choć tak naprawdę… leżę,  czytam i…nie czekam na cud. Pogodziłem się z tym od wczorajszego dnia, że nie pojadę do Wilna w tym roku. Czytam reportaż i układam w głowie plan zajęć na dwa najbliższe tygodnie, bo z urlopu nie zamierzam zrezygnować. O 10.57 cud się jednak wydarza. Dzwoni telefon i słyszę w słuchawce zdanie, które stawia mnie na równe nogi. Następne 6 h to wyścig z czasem. Załatwiam wszystkie swoje sprawy i o 17.30 wyjeżdżam do Rzeszowa.  Cztery godz. później witam się z pielgrzymami pod domem diecezjalnym Tabor w Rzeszowie.

 

Dzień I- Rzeszów- Zamość – 159 km

Mszy Świętej  otwierającej coroczną pielgrzymkę do Wilna tradycyjnie przewodniczy ks. Stanisław Potera. Po niej, również tradycyjnie w asyście Policji ruszamy na trasę. Konwój rozpoczyna policjant na motorze i kończy drugi, również na motorze. Nie wszystkim to się podoba. Obok nas przejeżdża Mercedes GLK. Otwiera się okno i jakaś pani krzyczy nie wiadomo do kogo: - Chcecie sobie pojeździć?! To do lasu jedźcie, a nie drogi blokujecie! Przypomni mi się ta scena w Kodniu.  

Śniadanie wypada w miejscowości Medynia Łańcucka. Tu też następuje podział na grupy: św. Wojciecha, św. Andrzeja Boboli, św. Jana Pawła II
i bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Tegoroczna pielgrzymka również tradycyjnie rozpoczęła się
w dniu otwarcia największego z wyścigów kolarskich Tour de France. Jedynym nietradycyjnym elementem jest panujący upał. Od kilku dni środki masowego przekazu przestrzegały przed rekordowymi temperaturami. Informacje są pełne zaleceń o ograniczeniu przebywania na otwartym terenie. A my dziś mamy do pokonania – według planu trasy – 160 km. Poranne godziny nie są złe. Słońce świeci jaskrawo, ale czuć jeszcze świeżość poranka. Kolejny postój wypada w Leżajsku. W tej przepięknej bazylice zatrzymujemy się za każdym razem, jeśli droga do Wilna prowadzi przez to miasto. Pierwszy dzień pielgrzymki odbywa się w intencji ojczyzny i Akcji Katolickiej. Modlitwa odmówiona we wnętrzu bazyliki daje także wytchnienie od panującego na zewnątrz skwaru. Z każdą kolejną godziną jest jednak coraz gorzej. Wprawdzie jazda na rowerze nie jest jeszcze najgorsza, bo pokonywany opór powietrza daje namiastkę lekkiego wiatru, ale już postoje są nie do wytrzymania. Kolejny wypada  na 95 km w Księżpolu. Modlitwa, posiłek i jedziemy dalej. Chwilę wytchnienia
w takich warunkach dają lasy. Cień rzucany na drogę powoduje, że asfalt nie nagrzewa się tak bardzo i „nie oddaje” ciepła, które zgromadził. Na otwartych przestrzeniach asfalt jest tak gorący, że topnieje. Chwilami spoglądam na koło, czy nie przedziurawiłem opony, bo jedzie się bardzo ciężko. Ciekawostką jest przejazd przez wieś Aleksandrów. Rozciąga się na przestrzeni prawie 10km. Ostatni tego dnia postój przypada w miejscowości Zwierzyniec. Do Zamościa nie jest już daleko, ale wszystko co najgorsze tego dnia dopiero przede mną.  
O godz. 17.28 dostaje smsa od jednej z sióstr pielgrzymkowych, która nie mogła z nami się wybrać: - Jak tam u Was? – pyta. Czytam tego smsa, siedząc na chodniku. Na jednym
z podjazdów do Zamościa dopada mnie kryzys. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, by chwilę odpocząć. Jestem zalany potem. Puszka coli i baton podnoszą poziom cukru i ostatni fragment jedziemy już bez przeszkód. Przy wjeździe na teren internatu w Zamościu,
w którym będziemy nocować rozlega się sygnał mojego telefonu, a ponieważ jako dzwonek mam ustawiony sygnał Wyścigu Pokoju, więc lepszego oznajmienia przybycia nie mogłem sobie wyobrazić. Dzień kończymy Apelem Jasnogórskim i planem jutrzejszego dnia ogłoszonym przez br. Jana. W pierwotnej wersji o 7 rano mieliśmy mieć mszę w Zamościu, ale rzucam pomysł, aby wyjechać jak najwcześniej, a  mszę odprawić w jakimś kościele po drodze w godzinach największych temperatur.  Według zapowiedzi synoptyków na niedzielę zapowiadany jest szczyt upałów.  Brat Jan pozycję akceptuje.

 

Dzień II: Zamość – Kodeń – 154 km

Dzisiejszy dzień poświęcony jest w intencji Miłosierdzia Bożego. Pobudka o 4.30. Poranna toaleta, pakowanie, śniadanie, modlitwa i o 5.45 wyruszamy na trasę. Na pierwszą część dnia cel jest jasno określony. Sprawdziłem w Internecie msze w kościołach mijanych po drodze i o godz. 12 musimy być we Włodawie. 110 km do pokonania. Kierujemy się na drogę krajową nr 17 w kierunku Krasnegostawu. Warunki do jazdy są idealne. Pomimo wczesnej godziny słońce stoi już wysoko, ale towarzyszą mu nocne temperatury, więc na początek jest nawet dosyć chłodno, ale po kilku kilometrach rozgrzewamy się. W Krasnymstawie planujemy krótki postój przed miejscowym sklepem spożywczym, ale w niedzielny wczesny poranek jest jeszcze zamknięty. Sklep jest nam znany, bo staliśmy tu w 2013 r. Zatrzymuje się zatem kilka kilometrów dalej na stacji benzynowej. Przerwa nie trwa długo, bo sporo kilometrów jeszcze przed nami. Na 80 km – tuż przed miejscowością Hredków - zatrzymujemy się przy leśnym parkingu na posiłek. Jest godz. 9.30, do Włodawy zostało nam około 30 km. Wiem już, że zdążymy na mszę. W cieniu lasu możemy dłuższą chwilę odpocząć. Nasza kuchnia wydaje zupę pomidorową. Po posiłku, odpoczynku i modlitwie jedziemy dalej. We Włodawie jesteśmy o 11.30. Dochodzi południe, więc upał staje się nie do zaakceptowania. Msza święta w kościele pw. Najświętszego Serca Jezusowego jest spełnieniem nie tylko trzeciego przykazania, ale daje zapomnieć
o panującym na zewnątrz upale. Po mszy obiad – ryż, kurczak i sałatka. W sumie przerwa od jazdy trwa ponad 2 h. Po takiej przerwie pokonanie ostatniego 45 km odcinka do Kodnia wydaje się być niedzielną przejażdżką.  Drogę znamy na pamięć, bo w ostatnich trzech latach jechaliśmy tędy dwukrotnie, ale ks. Witek informuje, że jest dodatkowa atrakcja. Między Włodawą, a Sławatyczami powstała ścieżka rowerowa. Po opuszczeniu Włodawy naszym oczom ukazuje się asfaltowa ścieżka rowerowa. Widać, że została niedawno wykonana, bowiem  na jej poboczach leży jeszcze żółty piach, który nie zdążył pokryć się roślinnością. Moją uwagę przykuwają tabliczki z oznaczeniem procentowego nachylenia podjazdów. Przy ścieżkach budowane są też tzw. MOR-y, czyli miejsca obsługi rowerzysty. Ścieżka została zrealizowana w ramach  projektu pn. „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej – województwo lubelskie”.  Projekt jest znany także pod nazwą „GreenVelo” mającym docelowo objąć około 2000 km ścieżek rowerowych w Polsce Wschodniej.   

W miejscowości Hanna robimy ostatnią tego dnia przerwę i o godz. 16 docieramy do Kodnia – zwanego nieoficjalnie sanktuarium „świętej kradzieży”. Pisałem o tym miejscu
w poprzednich latach, więc odsyłam do relacji z poprzednich lat. Koronką do Bożego Miłosierdzia kończymy drugi dzień pielgrzymki.

Kilka lat temu dostałem od mojej koleżanki przewodnik po najpiękniejszych polskich sanktuariach. Jedynym, w którym nie byłem był właśnie Kodeń. Minęło kilka lat i jestem tu po raz trzeci – i po raz trzeci na rowerze.

Jest mi przyjemnie, że mój pomysł z przeniesieniem mszy z poranka na południe został uznany za trafiony przez pielgrzymów. Za nami dwa dni jazdy w upalnych warunkach, ale tak naprawdę pielgrzymka zacznie się dopiero jutro. Chyba nie tylko moje myśli biegną już ku jutrzejszemu przekraczaniu granicy w Terespolu. Wieczorem rozmawiam z osobą pracująca na terenie ośrodka, w którym śpimy. Nie będę ukrywał, że obawiam się jutrzejszej kontroli granicznej. Przywołuję niedawną akcję z przejazdem tzw. „Nocnych Wilków” przez Polskę. Moja rozmówczyni mówi: - Proszę Pana! Tyle Policji to nigdy w Terespolu nie było jak oni mieli jechać. Po co to było? Tyle lat przejeżdżali i było dobrze. A w tym roku? Komu to przeszkadzało. My tu na pograniczu dobrze ze sobą żyjemy. Pan tego nie wie, ale jak idzie pielgrzymka do naszego sanktuarium to Białorusin jak jedzie samochodem to zawsze przystanie, a Polak to jeszcze się denerwuje, że mu w drodze ktoś przeszkadza. Na te ostatnie słowa uśmiecham się tylko, bo przypominam sobie nasz wyjazd z Rzeszowa. Ta rozmowa jeszcze bardziej zwiększa moje obawy co do jutrzejszego dnia. Obawiam się, że pomimo posiadanej wizy białoruskiej i rosyjskiej możemy nie zostać wpuszczeni na teren Białorusi ze „względów formalnych”.

 

Dzeiń III: Kodeń – Iwacewicze – 161 km

Trzeci dzień pielgrzymowania poświęcony jest w intencji małżeństw i rodziny.
W Terespolu jesteśmy już przed 9 rano. Polska odprawa trwa chwilę. Później ustawiamy się w kolejce na moście nad Bugiem. Pierwsza kontrola polega na sprawdzeniu paszportu, ubezpieczenia oraz dostajemy kartę do uzupełnienia. Wpisujemy swoje dane personalne. Na następnej kontroli białoruska straż graniczna zabiera nam paszporty i wypełnione kartki. Stoimy w pełnym słońcu, oczekując na zwrot dokumentów. Toczą się luźne rozmowy. Ktoś pokazuje, że jego licznik rowerowy pokazuje 42 stopnie. Zajęci rozmową w ogóle tego nie odczuwamy. W końcu przychodzi strażniczka graniczna i oddaje nam paszporty. W środku stempelek. Barierka podnosi się do góry, 200 m później jeszcze jedna barierka. Szlaban wędruje w górę. Jesteśmy na Białorusi. Wszystko trwało około 3 h, a w zasadzie 4 h, bo na Białorusi jest czas przesunięty o 1 h do przodu. I my przestawiamy zegarki. Nie odczuwam, żebyśmy byli w jakikolwiek sposób przetrzymywani dłużej niż inni, bo samochody innych osób, które razem z nami wjechały na granicę również razem z nami z tej granicy wyjeżdżały.  Zatrzymujemy się tuż za przejściem i wymieniamy pieniądze. Poniekąd wracamy do rzeczywistości obowiązującej w Polsce przed rokiem 1994. Jesteśmy milionerami. Najmniejszy białoruski nominał to 100 rubli – w przeliczeniu 2,5 grosza. Białoruś nie posiada bilonu. Wszystkie pieniądze są papierowe. Największy nominał to 200000 rubli, ale jak się później dowiemy niechętnie przyjmowany jest w sklepach.

Pierwsze zderzenie z Białorusią jest szokujące w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Potężne ulice, olbrzymie ronda – wielkie miasto tętniące życiem. Taki właśnie jest Brześć.
W oczy rzucają się bilbordy z napisem: I ♥ BELARUS pisane cyrylicą fantazyjnie ułożonych na tle nieba, pól czy łanów kwiatowych. Jeszcze nie wiem, czy kocham Białoruś, ale wiem, że spełniło się moje marzenie. Od kilku lat pragnąłem zobaczyć te tereny ze względu na historię związaną z kulturą polską. Nie zawiodę się. Czas pokaże, że wzajemne powiązania trwają do dnia dzisiejszego nie tylko ze względu na tzw. Kresowiaków. Nawet Białorusini mają szereg wspomnień związanych z Polską. Po przekroczeniu granicy daje się zauważyć zmiana preferencji językowych, która nastąpiła w naszym kraju. Uczestnikom pielgrzymki w wieku 40+ i starszym nie sprawia trudności czytanie słów zapisanych cyrylicą. Młodszym nie sposób wytłumaczyć że „B” to „W”. Może uprzedzę pewne fakty, ale chciałbym wyróżnić siostrę Agnieszkę, która na tym polu przejawiała niesamowitą chęć do nauki pod kierunkiem siostry Heleny. Doszła do takiej wprawy, że gdy w Katyniu otrzymaliśmy zaświadczenia
o pobycie to bez kłopotu czytała nasze nazwiska napisane cyrylicą, ale na razie jesteśmy
w Brześciu. Opuszczamy to miasto trochę zaskoczeni jego rozmachem i kierujemy się na… Moskwę. Tak, tak, bo droga M1, którą podążamy prowadzi do Moskwy. Będzie nam towarzyszyć do miejscowości Kobryń. Po drodze dwukrotnie zatrzymujemy się na stacjach paliwowych. Na Białorusi nie ma stacji zagranicznych koncernów znanych w Polsce. Ponieważ nadal jest gorąco  to przebojem staje się białoruski kwas. Kupowany za około 2 zł gasi pragnienie lepiej niż woda. Drogą M1 poruszamy się aż do miasta Kobryń.  Tu, przy zjeździe do miasta czeka na nas kuchnia. Obiad i modlitwa. Przejeżdżamy Kobryń
i wjeżdżamy na drogę P2 i w zasadzie można powiedzieć, że zaczyna się koszmar rowerzysty. Rowerzysta lubi jak coś się dzieje na drodze. Zabudowania, lasy, pola, zakręty, zjazdy, podjazdy. Proponuję na chwilę oderwać się od tego tekstu i spojrzeć na mapę. Od miejscowości Kobryń aż do ponownego połączenia się dróg P2 z M1 za miastem Iwacewicze nie ma nawet jednego zakrętu! Jest to odcinek około 120 km! Jedynym towarzyszem naszej monotonnej drogi jest las. Albo naturalny, albo celowo posadzony w formie wąskiego pasa odcinającego drogę od pól. Na ten temat zresztą krążą legendy. Ponoć jest to pozostałość po czasach ZSRR, bowiem miano wówczas obsadzać drogi wąskim pasem lasu, aby obcy nie zobaczył za wiele, albo według innej teorii przydrożny las miał skutecznie chronić przed zawiewaniem dróg w czasie śnieżnych zamieci. Nie wiem, gdzie leży prawda, ale gdy widzi się niekończącą drogę przed sobą jedzie się okropnie. Po 40 km od Kobrynia jesteśmy już znużeni. Przydałby się jakiś sklep. Ktoś przed nami jedzie na rowerze. Doganiamy go. Pytamy o sklep. Odpowiada, że jest… za lasem. Końca lasu nie widać. Przejeżdżamy jeszcze kilka km.  Po prawej stronie widać znak na miejscowość Luka. Zjeżdżamy z głównej drogi. Przejeżdżamy około 500 m i pojawiają się jakieś domy. Przed dużym budynkiem stoją dwie panie w fartuchach. Domyślamy się, że to ekspedientki. Faktycznie, jest sklep. Woda, kwas, chwila na odpoczynek. Upał trochę zelżał. Niebo zaciąga się chmurami. Spoglądam i po raz pierwszy na tej pielgrzymce myślę o deszczu. Po tej przerwie wracamy do głównej drogi
i jedziemy – nadal prosto. Według rozpiski kolejny postój jest zaplanowany w miejscowości Minki. Minki to w kolejności znak oznaczający miejscowość, przystanek autobusowy i znak oznaczający koniec miejscowości. Po prawej i lewej stronie drogę od pól oddziela pas lasu, który zacząłem nazywać lasem drogowym. W czasie postoju mija nas białoruska Milicja, ale kompletnie nie są zainteresowani grupą 52-ciu rowerzystów stojących w „szczerym polu”.   Posiłek, modlitwa i jedziemy dalej, kończąc etap przed hotelem w Iwacewiczach. Hotel jest położony w centrum miasta. Na centralnym placu pomnik Lenina, wpatrującego się
w supermarket położony po drugiej stronie ulicy. Etap był nużący, więc najpierw kąpiel, a po niej kolacja i zakupy kwasu we wspomnianym supermarkecie. Dzień kończymy Apelem jasnogórskim. Jutro największe z dotychczasowych wyzwań na tej pielgrzymce. Według rozpiski czeka nas 240 km do Mińska.

 

Dzień IV: Iwacewicze – Mińsk – 267 km

Jest 7 lipca, 4 dzień pielgrzymki. Dzień poświęcony modlitwie za chorych, samotnych i cierpiących. Tego dnia na tegorocznym Tour de France zaplanowano najdłuższy dystans
 – 223,5 km. Wychodzi na to, że pobijemy ten rekord. Mój zegarek zaczyna rejestrować trasę o 5.59, co de facto oznacza, że na rowery wsiadaliśmy o 4.59, bowiem należy odjąć godzinę od czasu białoruskiego. Mszę świętą mamy zaplanowaną w Baranowiczach. Jedynym epizodem, którym zapamiętałem z trasy wiodącej do tego miasta jest komentarz jednego
z braci, który zauważył zakręt na drodze i wyraził obawę, żebyśmy się tylko w nim wyrobili. Przez grupę przechodzi śmiech. Przed wjazdem do miasta posiłek. W mieście zatrzymujemy się przy drewnianym katolickim kościele pw. Podwyższenia Krzyża zbudowanym 1924 r. w stylu zakopiańskim. Właśnie trwa Msza święta w języku polskim. Gdy się skończy nasi księża – ks. Witold i ks. Artur odprawiają naszą mszę. Po wyjściu z kościoła słyszę jak jakaś starsza pani rozmawia po polsku. Przyłączam się do rozmowy, podejrzewając ją o polskie pochodzenie. – Proszę Pana! Ja jestem Polką. Urodziłam się w Baranowiczach w 1931 r. Wtedy to miasto leżało na terenie Rzeczypospolitej. Podziwiam ją za to, że po tylu latach mówi polszczyzną bez śladu obcego akcentu. Rozmawiamy jeszcze chwilę, ale przed nami dziś rekordowy dystans, więc trzeba jechać dalej.

Po wyjeździe z miasta trafiamy powtórnie na drogę P2 i kierujemy się na Stołpce.
W tym mieście mamy zaplanowany dłuższy postój ze względu na obiad. Po pokonaniu  więc kolejnych 60 km zatrzymujemy się tuż za miastem na leśnym parkingu. Na obiad jedyny słuszny posiłek kolarzy, czyli makaron. Na liczniku 140 km. Zostało jeszcze 100 km - myślę sobie, nie wiedząc jeszcze jak bardzo się mylę. Po posiłku i modlitwie wsiadamy na koń. Droga jest prosta. Za chwilę rozstaniemy się z drogą P2, by wjechać ponownie na słynną drogę ekspresową M1. Pierwsza wyjeżdża grupa Popiełuszki, za nią grupa Boboli. Pięć minut później rusza moja grupa, a za nią grupa Wojciecha. Po wjeździe na M1 zatrzymuje nas Milicja. Nas, czyli grupę Jana Pawła i Wojciecha. Grupie Popiełuszki i Boboli udało się przejechać. Milicjant pyta o zezwolenie. Mówimy, że ma organizator. Nie przekonuje go to. Nie pozwala nam dalej jechać. Zawracamy. W grupach konsternacja. W ruch idą mapy
i nawigacje. Zatrzymujemy miejscowych i pytamy o poradę. Śmieją się, że nas nie puścili.
– Naszych by puścili – mówią. - Jedźcie wzdłuż waszej dawnej granicy – dodaje któryś
z Białorusinów. Ta ostatnia podpowiedź jest dla mnie zaskakująca. Dziwię się, że o dawnych wydarzeniach i po kilkudziesięciu latach komunistycznej propagandy pamięć o minionych granicach przetrwała aż do dnia dzisiejszego wśród młodych ludzi. W Stołpcach mieściła się  bowiem ostatnia stacja kolejowa przed przedwojenną granicą polsko-radziecką. Po konsultacjach kierujemy się na drogę P54, by później odbić na dawny Kojdanów, a dziś Dzierżyńsk. Zatrzymujemy się na jakiejś wsi przy miejscowym sklepie celem uzupełnienia wody i kwasu. Sklep żywcem przypomina typowy sklep GS, których stylistykę można po dziś dzień odnaleźć także u nas – pomimo 25 lat od upadku poprzedniego systemu. Przed sklepem ks. Witek ogląda mapę. Podchodzę do niego i to co widzę zaczyna mnie przerażać. Na liczniku mamy 185 km. Jest godzina 18, a z mapy wynika, że do noclegu mamy jeszcze około 100 km, w tym jeszcze przejazd przez potężne miasto.  – Nie ma szans, abyśmy zdążyli przed zmrokiem – mówię do ks. Witka. – Będzie dziś rekord – odpowiada. To był ostatni postój tego dnia. Wsiadamy na rowery i kierujemy się na Dzierżyńsk, a  w tym mieście ponownie wjeżdżamy na M1. Wiatr wieje nam w plecy. Pędzimy więc legendarną drogą w porywach do 35 km/h. Wreszcie jest! Mińsk od strony zachodniej oszałamia architekturą. Monumentalne blokowiska, niczym nie przypominające stylistyki „wielkiej płyty” robią wrażenie na wszystkich. Pada nawet stwierdzenie, że Warszawa się chowa. Na ulicach Mińska mam 245 km. Jestem trochę zły na te dodatkowe kilometry. Spoglądam na licznik. Na siodełku spędziłem już dziś 9h59m45s. Za chwilę mój tani licznik rowerowy się wyzeruje, bowiem konstruktor nie przewidział, że można na rowerze jeździć więcej niż 10 h. Gdy czas osiągnie 9h59m59s. zaczyna liczyć od nowa. Z kolei mój drogi zegarek sportowy informuje mnie, że poziom baterii się kończy, więc wyłącza sygnał GPS.  Telefon komórkowy również domaga się ładowania. Jadę przez Mińsk, patrzę na te wszystkie nowoczesne urządzenia i zaczynam się irytować ich nieodpornością. I wówczas nachodzi mnie myśl, którą po ukończeniu pielgrzymki uznam za największą jej wartość. Dochodzę do wniosku, że jakże zawodne są te wszystkie najnowocześniejsze rzeczy stworzone przez człowieka. A człowiek? Stworzony przez Boga siedzi na siodełku, kręci pedałami po Mińsku i nie domaga się podłączenia do prądu. Nie zaczyna rejestracji od nowa, bo mu się pamięć skończyła. Opuszczamy Mińsk
i docieramy na jego wschodnie obrzeża. Śpimy w ośrodku Caritas w miejscowości Lieskauka. Myślę, że z powodzeniem można ją nazwać sypialnią Mińska – pełno w niej bloków i wieżowców. Docieramy tam o godz. 22, a więc naszego czasu 21. Jest jeszcze w miarę widno. Pokonaliśmy dziś 267 km. W podróży byliśmy 16 h. Jutro – zgodnie z planem – dzień wolny.

 

Dzień V: Mińsk

Dzień bez roweru to dzień stracony mówi ktoś, ale po wczorajszym wyczynie odpoczynek się przyda. Rankiem linią 115 jedziemy do Mińska. Siedząc w autobusie obserwuję mieszkańców i miasto. W oczy rzuca się czystość. Nie przypominam sobie kiedy ostatni raz w Polsce widziałem polewaczki na ulicach, a w Mińsku taki widok to standard.  
W autobusie siedzą młodzi ludzie ze smartfonami i słuchawkami w uszach. W oczy rzuca się brak nadużywanej u nas angielszczyzny  w witrynach sklepowych. Miasto jest pełne bilbordów reklamujących Mińsk. Wszystko jest kolorowe i zachowuje nowoczesne standardy reklamy. W niczym nie przypomina przaśnych ogłoszeń jakie oglądaliśmy w TV i gazetach
w latach osiemdziesiątych. Na jednym z bilbordów widnieje katolicki tzw. czerwony kościół. To właśnie pod nim spotykamy się z naszą przewodniczką – Ludmiłą o polskich korzeniach. Fundatorem kościoła był Edward Woyniłłowicz, który w ten sposób chciał uwiecznić dwójkę swoich przedwcześnie zmarłych dzieci – Heleny i Szymona. Informuje o tym tablica
w języku polskim i białoruskim. Kościół zbudowano z czerwonej cegły sprowadzonej spod Częstochowy.  Nieopodal jest Instytut Polski w Mińsku i Wydziału Promocji Handlu
i Inwestycji Ambasady RP w Mińsku. Dyrektor Instytutu Polskiego – Pani Urszula Doroszewska przybliża nam funkcjonowanie placówki, ale także zwraca uwagę, aby na Wschód nie przyjeżdżać tylko na groby. Spacerujemy dalej po Mińsku. Mińsk ma równie tragiczną przeszłość jak Warszawa. O ile jednak Warszawę po totalnym zniszczeniu w czasie II wojny światowej postanowiono zrekonstruować, tak Mińsk postanowiono wybudować na nowo, a ponieważ miasto było w obrębie władzy bloku socjalistycznego toteż architektura właściwa dla tej ideologii dominuje w mieście. Trzeciego lipca Białoruś obchodziła swoje święto narodowe, więc ulice przystrojone są jeszcze zielono-czerwonymi flagami. Na sztucznej wyspie na Świsłoczy, nazywaną Wyspą Łez oglądamy pomnik ku czci żołnierzy białoruskich poległych w Afganistanie. Stad niedaleko do Opery Narodowej. Kończymy na monumentalnym Placu Zwycięstwa i ponownie linią 115 wracamy do ośrodka Caritas.

Nieopodal Mińska są Kuropaty – miejsce masowych egzekucji dokonywanych
w latach 1937-1940 przez NKWD. Uczestnikiem naszej  pielgrzymki jest br. Hubert, który wielokrotnie uczestniczył w Rajdzie Katyńskim. Będzie naszym przewodnikiem. Wraz
z Przemkiem – naszym nieocenionym serwisantem oraz siostrą Heleną bierzemy auto
i jedziemy tam wieczorem. Jest pochmurno, co dodatkowo pogłębia ciężką atmosferę tego miejsca.  Trudno oszacować ile osób w tym miejscu straciło życie. Źródła nie są co do tego zgodne. Mówi się o od kilku do nawet kilkuset tysięcy ofiar. Chciałbym zwrócić jednak uwagę na inną rzecz. Uroczysko Kuropaty to niewielki pagórek pokryty lasem. Objechaliśmy go wokół i nie wydaje mi się, aby to był obszar większy niż 500mx500m. Na tak niewielkim areale ziemi, która zapewne co trochę była przekopywana w celu ukrycia masowych mordów, trudno ukryć prawdę, a jednak przez lata to się udawało. Myślę, że okoliczni mieszkańcy doskonale wiedzieli co działo się na tym uroczysku, ale strach nie pozwalał o tym głośno mówić. Dziś w lesie kuropackim więcej stoi krzyży niż drzew. Widok ten na mnie osobiście zrobił piorunujące wrażenie. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że zamiast krzyży stoją niemi ludzie, którzy pragną coś powiedzieć, ale nie mogą. Spontanicznie odmawiamy modlitwę
w intencji pomordowanych tu osób.

Brat Hubert opowiada mi jeszcze jedną historię. Kiedyś z Rajdem katyńskim skontaktował się człowiek, który chciał, aby w każdym miejscu martyrologii znalazła się kapliczka wykonana przez niego. Hubert pokazuje mi miejsce, w którym powiesił taką kapliczkę. Kolejną zobaczę w Katyniu.

 

Dzień VI: Mińsk – Tołoczyn – 147 km

Dzień jest poświęcony w intencji dzieci i młodzieży. Jest pochmurno, ale nie pada. Rankiem docieramy do drogi M2 , a następnie P53. Pierwszy większy postój mamy
w miejscowości Żodzino. Na parkingu spożywamy drugie śniadanie.  Podchodzi do mnie Białorusin i wdajemy się w rozmowę. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski uśmiecha się
i nazywa nas przyjaciółmi. Mówi, że zna Polskę, bo w latach 70-tych odbywał służbę wojskową w Toruniu. Pewnie jako żołnierz Armii Czerwonej, myślę sobie.

Po posiłku i modlitwie jedziemy dalej. Wiatr wieje nam w plecy, więc przemieszczamy się dosyć szybko. Po drodze w oczy rzucają się znaki drogowe: Barysau-Arena. Uświadamiam sobie, że będziemy przejeżdżać przez Borysów – siedziby trzykrotnego uczestnika fazy grupowej Ligi Mistrzów - Bate Borysów. Za Borysowem wjeżdżamy ponownie na M1, ale tylko na chwilę, by ponownie odbić na P53. W Krupkach mamy obiad. Wschodnia część Białorusi wydaje się biedniejsza niż zachodnia. Widać to zarówno po architekturze – zdarzały się całe wsie składające się z drewnianych domów - widać to i po blokowiskach, które nie znają słowa remont. Etap przebiega bez większych przygód, więc  około 15 h meldujemy się pod katolickim kościołem w Tołoczynie.  Miasto to liczy około 4 tys. mieszkańców. Nad miastem dominuje wieża kościoła, przed którym stoimy oraz wieże pobliskiej cerkwi, która jeszcze niedawno była kościołem obrządku rzymsko-katolickiego.
W mieście nie ma bazy noclegowej, więc śpimy po prywatnych domach. Po mnie i 3 braci przyjeżdża Władymir. Jak sam powie żartobliwie wieczorem imię ma jak Lenin. Jest prawosławnym, ale jak podkreśla jego związek z cerkwią jest luźny. U nas takie osoby określa się mianem wierzący, ale niepraktykujący. Jego żona – Nina jest katoliczką i jest bardzo związana z miejscowym kościołem, którego proboszczem jest Polak. To ona wyszła z inicjatywą, aby przenocować pielgrzymów rowerowych. Zanim udamy się do naszych gospodarzy odmawiamy modlitwę w kościele. Przeszedł drogę jaką przeszło wiele kościołów na Wschodzie. W czasach komunizmu został przerobiony na magazyn. Nie przetrwały żadne malowidła. Kościół jest obecnie wewnątrz pomalowany na biało. Proboszcz informuje, że udało się w zeszłym roku wstawić witraże. Pytam o dalsze plany. Słyszę krótką odpowiedź: - Nie mam żadnych planów. Ludzie są tu biedni, więc są ważniejsze potrzeby niż remont kościoła. Poprawi nam się życie to zrobimy kościół.

Ponieważ od dawna jestem zafascynowany Kresami pytam jeszcze o motywacje służby kapłańskiej na Wschodzie. Słyszę taką odpowiedź: - Nie wiem jak głęboka jest Pana wiara, ale ja po prostu usłyszałem głos. Idź na Wschód.

Udajemy się na odpoczynek. Nasi gospodarze są bardzo gościnni i otwarci. Cały dom mamy do swojej dyspozycji. Wieczorem siadamy przy wspólnej kolacji i odbywa się dyskusja pt. Jak wam się żyje. My pytamy ich. Oni pytają nas. Padają pytania o zarobki, ceny, koszty utrzymania, itd. Po tej rozmowie mogę powiedzieć, że każdy naród ma swoje problemy. My mamy swoje, a oni swoje. Pierwszy raz też dochodzę do wniosku, że Białorusini przebijają nas gościnnością. Posiedziałoby się dłużej, ale jutro przed nami ważny etap. Wjeżdżamy do Rosji.

 

Dzień VII: Tołoczyn – Katyń – 185 km

Dzisiejszy dzień jest poświęcony w intencji poległych i pomordowanych Polaków. To  ważny dzień dla wielu osób. Nie będę ukrywał, że również dla mnie. Wprawdzie pielgrzymka kończy się w Wilnie, ale taki osobisty swój cel – jeśli Bóg da – osiągnę już dziś. Zaczynamy Mszą świętą w miejscowym kościele. Po niej wyruszamy na trasę drogą, szybko docierając do M1. Droga na Moskwę będzie nam towarzyszyć już do samej granicy. Wieje silny wiatr
w plecy, więc prędkość mojej grupy wynosi między 30-40km/h. Po drodze tylko jeden postój na posiłek i na 93 km jesteśmy na granicy. Czekają już na nas rosyjscy pogranicznicy, policja rosyjska oraz pracownik agencji konsularnej RP w Smoleńsku. Odprawa trwa 1 h.
W oczekiwaniu na załatwianie wszelkich formalności stoimy dwójkami i rozmawiamy ze sobą. Przypominamy bratu Janowi, że dziś 10 lipca, więc wypadałoby złożyć życzenia jednej z sióstr pielgrzymkowych, która obchodzi urodziny.  Skoro rozmawiamy na luźne tematy to widać, że kontrolą nie za bardzo się stresowaliśmy. Dwukrotnie mamy sprawdzane paszporty i bagaże przy rowerach, małe torby na kierownicach itp. Po tych formalnościach wjeżdżamy na teren Rosji. Do Katynia najkrótszą drogą mamy 50 km. Prowadzi nas prywatny wóz, za nim podąża wóz konsularny, później nasz peleton, a za nami samochód policji rosyjskiej. I tak aż do samego Katynia. Niestety nie jedziemy najkrótszą drogą. Z autostrady M1 skręcamy na Krasnyj, a w tym mieście skręcamy w lewo i jedziemy aż do drogi A 141 by, zamiast od zachodu, wjechać do Katynia od wschodu. Z planowanych 140 km robi się prawie 190 km. Mieliśmy dwie koncepcje co do takiego sposobu wyznaczenia drogi przez Rosjan, ale zostawię je dla siebie. Fakt jest faktem, że osiągnęliśmy pierwszy cel naszej pielgrzymki
– jesteśmy w Katyniu.

Nam, Polakom zarzuca się umiłowanie nekrofilii. Być może zarzut jest słuszny, ale nie zmienia to faktu, że są miejsca, które każdy Polak znać powinien. Takim miejscem jest Katyń. Wiele o tym miejscu napisano i w tej relacji nie zamierzam przytaczać powszechnie znanych faktów historycznych, ale chciałbym się podzielić osobistym doświadczeniem związanym z hasłem „Katyń”. Był rok 1988. Byliśmy w ostatniej klasie szkoły podstawowej. Kończyliśmy powoli historię, dochodząc do omawiania czasów II wojny światowej. Na jednej z lekcji padło słowo Katyń. Nasz nauczyciel powiedział, żeby głośno o tym miejscu na lekcji nie mówić. Powiedział też zdanie, które pamiętam do dziś: - O tym miejscu wyrażono wiele sprzecznych opinii, ale jedno jest pewne - prawdy o Katyniu nie poznamy nigdy.

To słowo „nigdy” zabrzmiało groźnie w moich uszach. Rok później były pierwsze wybory z udziałem opozycji. Powstał pierwszy niekomunistyczny rząd. Zaczęto wymazywać białe plamy. O Katyniu zaczęto mówić, a nawet domagać się pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców. Chyba nikt z nas nie przypuszczał, że słowo „nigdy” będzie trwało krócej niż rok.  Od tamtej pamiętnej lekcji minęło ponad 25 lat. Dziś już nikt nie powie, że prawdy o Katyniu nie poznamy nigdy. Nadal nie wiemy wszystkiego, ale wiemy więcej niż wolno nam było powiedzieć. Niech symbolem zmian, które nastąpiły po roku 1989 będzie również i nasza pielgrzymka. Niewątpliwie nadal trudna do zorganizowania, także z powodów politycznych, ale możliwa. Tak jak kiedyś usłyszałem na lekcji, że prawdy o Katyniu nie poznany nigdy, tak dziś już nikt nie może powiedzieć, że do Katynia nie pojedzie nigdy. Jest to trudne, ale już możliwe.

Wieczorem, gdy już leżymy w łóżkach słychać głosy, że dla wielu ta pielgrzymka już się skończyła. Celem najważniejszym był Katyń. Nie chcę umniejszać znaczenia Ostrej Bramy, ale byłem już 4-krotnie rowerem w Ostrej Bramie, więc też należę do tej grupy. Dla wielu z nas to kolejna pielgrzymka do Ostrej Bramy, ale pierwsza do Katynia.

Wieczorem brat Hubert prosi nas na koncert. Przyjechali do niego Polacy mieszkający na Litwie, którzy brali udział w Rajdzie Katyńskim. Jeden z nich jest wileńskim bardem. Przy gitarze rozbrzmiewają więc pieśni sławiące Wilno. Utwory przeplatane są opowieściami
o Kresach i zwyczajach ludności. Dowiadujemy się, że każde polskie wesele w Wilnie zaczyna się od odśpiewania hymnu. – Osiemdziesiąt procent polskiej kultury pochodzi
z kresów – mówi. Dostajemy taką lekcję patriotyzmu, że osobiście zaczynam się wstydzić. Ponieważ nasz artysta zafascynowany jest twórczością Włodzimierza Wysockiego nie brakuje i jego utworów. Należę do pokolenia ludzi wychowanych na Jacku Kaczmarskim, którego fascynacji twórczością WW nie trzeba bliżej przedstawiać i muszę przyznać, że wykonania, które słyszałem w Katyniu ujęły moją duszę. Koncert mógłby trwać w nieskończoność, ale oni  jadą do Archangielska, a my mamy przed sobą jutro 180 km pod wiatr. Rozstajemy się
z żalem.

 

Dzień VIII: Katyń – Witebsk – 157 km

Dzień zaczynamy Mszą świętą przy ołtarzu polskim na cmentarzu katyńskim. Miejsce przytłacza ogromem ludzkiej tragedii, która miała tu miejsce. Nachodzą mnie podobne refleksje jak w Kuropatach. Tzw. doły śmierci są położone około100-150 m od głównej drogi prowadzącej ze Smoleńska na Witebsk. Nie chce mi się wierzyć, aby zbrodni tej nie byli świadomi najbliżsi mieszkańcy. Tym bardziej, że było to także wcześniej miejsce masowych mordów narodu rosyjskiego.

Wchodząc na cmentarz myślę o tym wszystkim i rozmawiam z braćmi pielgrzymkowymi, gdy nagle słyszę obok mnie powitanie „Szczęść Boże” wypowiedziane
z rosyjskim akcentem. Odpowiadam automatycznie, ale odwracam głowę i widzę prawosławnego duchownego. To ojciec Władysław – miejscowy zwierzchnik cerkwi,
w której śpimy. Nie będę ukrywał, że to zachowanie bardzo mnie wzruszyło. On – Rosjanin, prawosławny duchowny, będąc gospodarzem miejsca wita nas starym chrześcijańskim polskim powitaniem. Po raz kolejny doświadczam wrażenia na tej pielgrzymce, że tzw. zwykli ludzie dogadują się lepiej niż tzw. góra.

Mszę świętą  przy ołtarzu polskim zaczynamy od prawosławnej modlitwy ojca Władysława w języku rosyjskim. Po niej  odprawiamy naszą mszę. W asyście przedstawiciela agencji konsularnej składamy kwiaty i zapalamy znicz. Następnie przechodzimy na rosyjską część cmentarza pod krzyż prawosławny. Ojciec Władysław ponownie modli się za ofiary terroru stalinowskiego, a po jego modlitwie odmawiamy polską modlitwę. Po wyjściu
z cmentarza zaprasza nas na śniadanie, w której uczestniczy także nasza obstawa. To chyba ostatecznie kruszy niechęć jaką zauważyłem na początku.  Po nim żegnamy się i wyjeżdżamy w stronę Witebska. Niestety nie kierujemy się najprostszą drogą A 141, ale ponownie wjeżdżamy na M1 i wracamy na przejście graniczne, które wczoraj przekraczaliśmy. Nasza eskorta tylko na chwilę zatrzymuje się na granicy, macha nam na pożegnanie i opuszczamy Rosję. Trzydzieści kilometrów za granicą mamy przerwę obiadową. Po niej jedziemy dalej. Niestety wiatr, który do tej pory był naszym sprzymierzeńcem, jest teraz naszym przeciwnikiem. Nadal wieje z zachodu, więc przez kolejne trzy dni jazdy będziemy mieli ciągle pod wiatr. Zaczyna też przelotnie padać. Na wysokości Orszy skręcamy na drogę P87
i już prostą drogą docieramy do Witebska. Dołożyliśmy 40 km, ale zrealizowaliśmy kolejny etap. Śpimy przy miejscowej katedrze katolickiej, a raczej u jej parafian. Po mnie i jednego
z braci przyjeżdża Tamara z córką Swietą. W samochodzie proponują nam przejażdżkę po Witebsku. Miasto robi kolosalne wrażenie. Jest sobotni wieczór. Ludzie spacerują. Siedzą
w knajpach. Bawią się z dziećmi w parkach. Akurat trwa w nim Festiwal piosenki słowiańskiej. W mieście jest pełno milicji, która pilnuje porządku i organizuje ruch w czasie festiwalu. Dostajemy propozycję biletów, ale odmawiamy. Jutro przed nami kolejny ciężki etap. Po wycieczce jedziemy do mieszkania Tamary. Otwiera przed nami mieszkanie i… lodówkę. Informuje, że obiad mamy na kuchni i zostawia nam mieszkanie, bo idzie spać do córki. Wieczorem oglądam w białoruskiej TV festiwal, na który nasza gospodyni chciała nam dać bilety. Jedyną wadą naszych gospodarzy jest to, że koniecznie chcieli z nami rozmawiać po rosyjsku. Gdy oglądam w TV festiwal i słyszę tylko język białoruski odnoszę wrażenie, że oglądam relację z festiwalu w Opolu. W przerwie koncertu lecą reklamy, które pod względem realizacji i zastosowanej techniki nie różnią się od tych, do których jesteśmy my przyzwyczajeni. Wizerunek Białorusi lansowany w naszych mediach jako państwa – skansenu ostatecznie pada.

 

Dzień IX: Witebsk – Dokszyce – 187 km

Przed nami przedostatni dzień pielgrzymki. Jak się później okaże, najtrudniejszy. Cały dzień pod wiatr. Kilkukrotnie padał deszcz. Temperatura spadła w okolice 15 stopni, gdy raptem kilka dni temu było ponad 40. Co trochę przerwa, bo za chwilę będzie padać, więc trzeba coś na siebie włożyć. Po deszczu przerwa, bo wychodziło słońce i robiło się gorąco, więc trzeba odzież przeciwdeszczową z siebie zdjąć. Były osoby, które tego dnia przebierały się 10 razy.  Mieliśmy tez kilka kraks. Wynikających ze zmęczenia, ale też z głupoty kierowców. Jedną sytuację opiszę. Grupa Wojciecha jechała, omijając stojący na poboczu samochód, gdy nagle kierowca tuż przed ich przejazdem otworzył drzwi, czym spowodował kolizję.

Dzień jednak zaczynamy Mszą świętą w witebskiej katedrze. Proboszczem jest Polak, który całą posługę kapłańska spędził na Wschodzie. Rozmawiamy z nim trochę o warunkach życia na Białorusi. Zauważa to, co my już wcześniej zauważyliśmy. Samochody, wyposażenie mieszkań jest takie same jak u nas, a zarobki mają mniejsze. Przeciętne wynagrodzenie to około 800 – 1000 zł.

Z Witebska wyjeżdżamy drogą M3. Za miejscowością  Bieszenkowicze mamy pierwszy dłuższy postój i posiłek. Na liczniku 65 km. Kolejny wypada na obrzeżach miasta Lepel. Zaczyna mocno padać, ale widzimy, że deszcz będzie przejściowy, więc chowamy się na przystanku. Przy ciągłych deszczach nie ma sensu robić przerw, bo one nic nie dają, ale jeśli widać na horyzoncie, że będzie padać przejściowo to, jeśli to możliwe, można schronić się przed deszczem. Po obiedzie dalej poruszamy się drogą M3, aż w miejscowości Biehomla skręcamy na drogę P3, która doprowadzi nas do Dokszyc – ostatniego miejsca noclegowego na Białorusi. Zmęczeni warunkami pogodowymi i długim dniem jazdy pod wiatr docieramy w końcu do Dokszyc, w którym funcjonuje zakon Kapucynów prowadzony przez Polaków. Jeden z kapucynów wita nas łowami: - Witam na Wilenszczyźnie.

 

Dzień X: Dokszyce – Wilno – 184 km

Każdy ma świadomość, że to ostatni dzień. Szalenie ważne w takich sytuacjach jest nastawienie psychiczne. Za nami 9 dni jazdy na rowerach. Na liczniku mamy około 1420 km. Nie chciałbym się wywyższać, ale Tour de France przez pierwsze 10 dni zrobił 1315,8 km. Zrobiliśmy więcej w 9 dni.  Oczywiście, oni mają inne rowery, inne wytrenowanie, ale mają także całe zaplecze techniczne i medyczne, które my posiadamy w ograniczonym stopniu.
Z nami nie jadą masażyści. Po etapie nie spędzamy godzin relaksując się, ale udajemy się na nabożeństwo, przygotowujemy się do kolejnego dnia. Może przytoczę zdarzenie
z tegorocznej pielgrzymki majowej dookoła Polski w czasie, której jeden z etapów kończył się na Jasnej Górze. Po pokonaniu 160 km pielgrzymi rowerowi poszli na Jasną Górę, na której spędzili 2 h stojąc podczas nabożeństwa. Ale wróćmy do naszej pielgrzymki.

Wczoraj dojechaliśmy do Dokszyc około 20 h, a dziś o 6 pobudka, o 7 msza, a o 8 jesteśmy na rowerach. Czasu na regenerację było bardzo mało. I chyba to odczuwam, bo pierwsze 50 km jest dla mnie wyjątkowo trudne. Prowadzę grupę, ale bardzo dużo  mi w tej czynności pomagał br. Zbigniew. Dziś jedziemy obok siebie. Znów jest pod wiatr. Pierwszy postój wypada w miejscowości Miadzioł. Na obrzeżach miasta, nad jeziorem Narocz kuchnia wydaje zupę pomidorową. W Komarowej zmieniamy drogę, skręcając w prawo na P45. Tuż przed tym miastem zatrzymaliśmy się na chwilę i własnie wtedy nadjechała grupa rowerzystów. To byli pielgrzymi z Białej Podlaskiej zmierzający do Rygi. Zaskoczenie miesza się z niedowierzaniem. Rozmowom nie ma końca. Gwar jest taki jak na rynku. Musimy jednak jechać dalej.

Zmienia się architektura. Dominują kościoły, które żywcem przypominają polskie kościoły. Rzuca mi się w oczy kościół w Michaliszkach. Ponieważ rano była prośba, aby zatrzymać się przed granicą w jakimś sklepie, żeby wydać ostatnie białoruskie ruble, to stajemy właśnie w Michaliszkach.  Zaczepiam starszego pana w wieku 60+ na lichym rowerze i dowiaduję się ciekawych rzeczy. W miejscowym kościele  św. Michała nadal odprawiane są msze w języku polskim. Mój rozmówca miał babcię Polkę, której brat zginął  w Katyniu. - Michaliszki to było kiedyś duże miasto. Tu ludzie z Warszawy na bazar przyjeżdżali – mówi do mnie.

Pięćset metrów za miastem jest cmentarz. Przy nim zatrzymała się nasza kuchnia. Mam chwilę wolną, więc postanawiać go zobaczyć. Kiedyś wymyśliłem sobie takie powiedzenie: chcesz poznać prawdziwą historię miasta, idź na cmentarz. Cmentarze nie potrafią kłamać.

Wchodząc, miałem świadomość, że zobaczę polskie nagrobki, ale nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle. Po drugie, to nie były tylko stare groby, ale także
z czasów nam współczesnych z imieniem, nazwiskiem oraz zawołaniem „pokój jego duszy” pisanym na płycie nagrobnej po polsku.   

Przed nami ostatnia przeszkoda. Granica białorusko-litewska. Pamiętamy 3- godzinny postój w Terespolu, więc myślimy, że teraz będzie podobnie. Ku naszemu zaskoczeniu wszystko odbywa się bardzo szybko. Po stronie litewskiej jest jeszcze szybciej. Do Wilna pozostało już niedaleko. Na głębokich peryferiach miasta widzimy znak „Vilnius”. Razem
z bratem Zbigniewem podajemy sobie ręce.  Chyba nam się udało. Na wjeździe do miasta widzimy, że przed chwilą przeszła potężna ulewa. Znak „Centras 10” uświadamia, że zostało już niewiele. Aż wreszcie jest. Przejeżdżamy pod Ostrą Bramą. Dochodzi godzina 20. Na liczniku 1605 km. Klękamy i wspólnie modlimy się. Później przychodzi czas na wzajemne gratulacje.  Dokonaliśmy rzeczy, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa do zrobienia. Piszę smsa do jednej z sióstr pielgrzymkowych, które nie mogła z nami jechać: Stoję w Ostrej Bramie. Ciężka wyprawa. 

Stoję w Ostrej Bramie. Proste zdanie, a ile za nim kryje się wysiłku i wrażeń. Mimo, że jestem tu po raz piąty na rowerze, ale jednak odczuwam radość. Było ciężko. Najgorszą rzeczą było znużenie. Niekończące się proste odcinki w niezmiennych „okolicznościach przyrody”. Dzień po dniu bardzo długie etapy. Największą wartością tej pielgrzymki był niewątpliwie Katyń. Na drugim miejscu postawiłbym noclegi po prywatnych domach
i poznanie tzw. zwykłego życia na Białorusi.

Za każdym razem kiedy udaję się na pielgrzymkę rowerową pytam sam siebie: po co to robię. Odpowiedź znalazłem w zeszłym roku na pielgrzymce bieszczadzkiej. Cztery tys. metrów przewyższeń w 3 dni. Też było ciężko.  Na ostatnich 25 km bardzo się ochłodziło
i zaczęło padać. Zacząłem mieć objawy hipotermii. Gdy dojechaliśmy do Krasnego to rzuciłem rower i wsiadłem do auta od razu włączyłem ogrzewanie. W radiowej Trójce leciała właśnie audycja „trzecia strona medalu”. Nadawana była relacja z jakiegoś ultramaratonu.  Kobieta zapytana przez dziennikarza po co to robi odpowiedziała pytaniem: - Czym się różni spożywanie alkoholu od uprawiania sportów ekstremalnych? Podczas picia alkoholu najpierw jest przyjemnie, a później się cierpi, a w czasie sportów ekstremalnych najpierw się cierpi, a później jest przyjemnie.

Wielu z nas miało kryzysy na trasie. Niektórzy o tym mówili, a niektórzy cierpieli
w milczeniu. Było wiele niedogodności. W ostatnich dniach nawarstwiało się zmęczenie. Nie wszystko poszło tak jak trzeba. W Rosji zrobiliśmy 100 km ponad plan. Mając jednak w świadomości  do jak ważnych miejsc udało nam się dotrzeć rowerem zadam pytanie: czy  stojąc w Ostrej Bramie nie było Wam przyjemnie? A teraz? Gdy upłynęło trochę czasu. Gdy minęło zmęczenie. Gdy czytacie ten tekst już wypoczęci. Czy nie jest Wam jeszcze bardziej przyjemnie?

 

 

 

 

 



Contribute!

Powered by Joomla!®. Designed by: hosting video ws tld reseller Valid XHTML and CSS | Joomla templates.